Nowa
16.11.2010 :: 18:08 Komentuj (6)
Fakt, że jestem chora umożliwił mi zostanie w domu i
napisanie kolejnej notki. To nic poważnego, gardło itp. Szybko wyzdrowieje.
Po pierwsze odpowiem Karolinie – nie mówię bez akcentu. Jest
to niemożliwe, ponieważ sama Ameryka ma różne akcenty. Na przykład Middle East
akcent to ogólny akcent w Chicago itp., oficjalny obowiązujący w telewizji
(prezenterzy przyjeżdżają do Chicago uczyć się akcentu). Oczywiście podobny
jest Californijski, który też jest w filmach. No ale w Minesocie mamy już inny
akcent. Im bardziej na północ tym bardziej się go słyszy. I oczywiście jest
jeszcze cudowne poludnie i ich szalony akcent, którego w ogóle nie rozumiem. A
ja zetknełam się jeszcze z New York akcent, też jest interesujący. No i mamy
jeszcze setki imigrantów, którzy mówią z najróżniejszymi akcentami. Ja nie mam
typowego Polskiego akcentu, przez ten czas wymiany wiele się nauczyłam, ale
nadal widać że nie jestem z tąd. Jednak nie ma się co martwić, aktorzy mają
trenerów, którzy uczą ich akcentu do określonej roli, więc wszystko da się
zrobić. Mnie osobiście fascynuje akcent Brytyjski...
A teraz wracając do mojego życia tu. Przed wczoraj złożyłam
pierwszą aplikację, do mojej szkoły marzeń. Zostało mi 5 do złożenia, a w
kwietniu odpowiedzi. Jeśli chodzi o musical to w szkole wystawiamy Into the
Woods, ja jestem the Baker’s Wife. Przedstawienie jest w styczniu. W czwartek o północy idę na harrego pottera!
Nie mogę się doczekać. W piątek idę do teatru- zabiera mnie taka rodzina z
kościola którzy dostają darmowe bilety, a w sobote znajomi kathy i franka
zabierają mnie i megane do innego teatru, też mają bilety za friko!
W zeszłym tygodniu byłam na spotkaniu dla kandydatów do
mojej szkoły marzeń. Wiecie co, God Bless America. Ta szkoła jest niesamowita.
Nie dośc że jest to goromny uniwersytet, to ma 140 kierunków, kilka
profesjonalnych szkół, klasy są ok 25 osób. Kierunek się deklaruje pod koniec
drugiego roku (w calej ameryca), bo nikt się nie spodziewa że 18 latek wie co
chce studiować. W dodatku można brać klasy z innych kierunków, można mieć 2 kierunki
albo główny i poboczny. Setki organizacji studenckich, życie studenckie,
oczywiście szkoła ma swoją drużynę footbolową koszykarską i siatkarską i inne,
więc wydarzenia sportowe kwitną. No i wydarzenia organizowane przez
uniwersytet, spotkania z ludźmi słwanymi, profesorami i ludźmi sukcesu z całego
świata. Jest nawet klasa w której ogląda się filmy, które jeszcze nie wyszły i
przyprowadzają reżysera/aktorów itp i pytają które zakończenie wolą uczniowie.
I bardzo skupiony na research, mnóstwo możliwości. Tak, możliwości- to idealne
słowo na opisanie tu uniwersytetów.
Może teraz opowiem coś o mojej szkole- jest to prywatna,
międzynarodowa szkoła. Mieści się w centrum St Paul, w wielkim wieżowcu, na 1 i
2 piętrze. Mamy ludzi z 28 krajów, plus amerykanie. W sumie 160 uczniów.
Stosunek nauczycieli do uczniów jest 1:9, więc znam wszystkich, wszyscy znają
mnie. Jest świetna uwaga poświęcana każdemu. Dyrektorka jest super, codziennie
wita uczniów, rozmawia z nami, pyta jak tam, zaprasz do siebie do gabinetu na
rozmowy (nie za złe zachowanie). Klasy mam spoko, najmniejsza liczy 6 osób-
Honors American Government. Największa AP Calculus- jakieś 25 osób. A propos,
AP Calculus mnie zabija. W sensie mam A-, więc nie jest źle, ale to
najtrudniejsza klasa jaką kiedykolwiek miałam. Ale jeśli dzięki temu ucieknę od
matmy w collegu, to się opłaca.
W sobotę była w naszym kościele doroczna kolacja spaghetti.
W piwnicy kościoła były stoly i ludzie przygotowali spaghetti itp. Ja byłam
kelnerką i jednocześnie śpiewałam, bo była też część rozrywkowa. Więc jakieś
100 osób przyszło, było za opłatą donacji, więc uzbieraliśmy kasę na jakieś
charytatywne cele. W tą sobotę był też pierwszu śnieg. W niedzielę
wyrzeźbiłyśmy w śniegu ładną rzeźbę.
Nie wiem co jeszcze powiedzieć, więc kończę!
Nowa
26.10.2010 :: 04:10 Komentuj (6)
SUKCES! Napisałam mój college essay. Na pewno większość z
Was nigdy nie próbowała aplikować do Amerykańskiego collegu. Więc NIE WIECIE
jakie to jest skomplikowane i szalone. Ale, po 5 dniach wolnych od szkoły,
kilkudziesięciu godzinach pisania, skończyłam mój college essay. Muszę co
prawda napisać jeszcze jeden, ale to jeszcze się zrobi.
Nie powiem do jakich szkół aplikuję, kiedy będę miała
odpowiedzi to napiszę, do których się dostałam. Czyli w kwietniu Nie chcę mówić, bo
będzie mi głupio jak mnie nie przyjmą.
MissRainbow zapytała dlaczego nie zostałam tak gdzie byłam,
oraz o podsumowanie roku. CÓŻ. Długo by pisać o zeszłym roku. Mogę powiedzieć,
że był to zdecydowanie najlepszy rok w moim życiu. Rodzina odwiedziła mnie w te
wakacje i pokazaliśmy im Polskę, bardzo im się podobało. Utrzymujemy stały
kontakt, no i odwiedzam Julie w lutym na tydzień, razem z Megane. Odwiedzę
szkołę, zobaczę ich musical „Wizard of Oz”, no i mam pewną sprawę do
załatwienia, a w zależności od tego jak się rozstrzygnie to napiszę o tym lub
nie ;) Nie zostałam tam, ponieważ jako exchange student mogłam być w szkole na
jeden rok. Starając się o wizę F 1 musiałabym płacić za szkołę, i mimo że
chcieliśmy to zrobić, to dystrykt miał „policy”, że nie przyjmuje uczniów z
innych dystryktów, czyli płacących tuition. Ja pisałam do superintendant,
miałam rekomendacje nauczycieli, pomoc dyrektorki, ale niestety... zostało mi
odmówione. Jeszcze pożałują tego pewnego dnia, kiedy dokonam wielkich rzeczy.
W szkole wszystko dobrze. Dostałam się do Student Council.
Założyłam klub filmowy. Dostałam glówną rolę w musicalu (The Baker’s Wife w
Into The Woods). Więc spoko!
Megane jest świetna, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i cieszę
się, że ona tu jest. Teraz czekam na paczkę od rodziców z moją nagrodą (nareszcie,
po 4 miesiącach!). Byłyśmy w sobotę na imprezie urodzinowej naszej szkolnej
sekretarki/od wszystkiego, było jakieś 60 osób, karaoke, tańce ogólnie super.
Oprócz jednego incydentu- azjaci robili sushi, i jeden z nich dał mi „spróbować”.
Przez chwilę myślałam, że umrę. Było tam jakieś pół łyżki wasabi, więc nie
mogłam oddychać i strasznie się popłakałam... Nie toleruję ostrych rzeczy zbyt
dobrze.
W ten piątek mamy Halloween Dance, ja przebieram się za
martwą pannę młodą, Megan za wróżkę. Będzie na pewno zabawnie! Potem przychodzą
do nas dziewczyny ze szkoły na piżama party z horrorami;p I w niedzielę
będziemy robić dynie !
Spędzam większość czasu na aplikacjach do collegy, został mi
jeden esej, kilka podchwytliwych pytać, transkrypt z dwóch szkół, rekomendacje
doradcy, wysłanie testów ACT, TOEFL oraz AP. ŻYCIE. Ale będzie dobrze. Jak nie
pójdę tu na studia to do Polski, albo Londynu. Na razie mam mnóstwo pomysłów na
życie, ostatnio jeden nowy. Ale to na razie sekret! Tęsknię za przyjaciółmi,
za Nufu.
Mam mnóstwo testów. Amerykańskie prace domowe... pfff.... Masakra. Ok,
ja rozumiem czytać i robić notatki. Ale jakim cudem mam w jeden dzień
przeczytać 48 stron A4 z American Government, dodatkowo 36 A4 z World History,
no jasne jeszcze AP Calculus (nie ma to jak matma na college level- nawet mi
się nie śniło, że takie rzeczy istnieją) i tyle pracy. Ale „work work work” jak
to powiedział Bloom z The Producers!
reaktywacja
26.09.2010 :: 06:09 Komentuj (9)
Nie piszę bo mam wenę. Nie piszę,
bo brakuje mi mojego bloga. Nie piszę, bo czuję potrzebę dzielenia się moim
życiem. Piszę dla mojej mamy, która mnie o to poprosiła i dla ludzi, którzy się o to upominali.
Dlatego teraz będzie inaczej. Nie będzie już zdjęć (wklejanie ich zajmuje za
dużo czasu i za często się psuje). Ci, którzy są mi bliscy wiedzą jak obejrzeć
zdjęcia. Nie będę pisać często. Raz w tygodniu przy dobrym powiewie, jak nie to
raz na dwa. Po pierwsze dlatego, że mam strasznie dużo pracy i stresu, a po
drugie bo mam własne życie( a nawet dwa), które lepiej przeżyć niż spisać, no i
najważniejsze- ponieważ zawsze kiedy zabieram się za pisanie wychodzi mi milion
stron moich głupawych zwierzeń!
Ale, przechodząc do rzeczy. Tak, znowu jestem w Ameryce.
Szalona! A jednak... Kurcze i boję się, że jak tu napisze cokolwiek to się to
źle skończy. Ale to jest blog, miejsce gdzie mówi się prawdę. Wiecie, kocham
Amerykę. Ale są dni, kiedy mnie po prostu wkurza. Szczególnie irytujący jest
fakt, że będąc pełnoletnia nie mogę
robić NIC. Nie ma prowadzenia samochodu, nie ma wychodzenia po zmroku bez zgody
rodziny, nie ma klubowania, picia. Nie ma nic co normalny pełnoletni człowiek
może robić. Dlatego po moim szalonym lecie (pozdro dla G i K !) jest nieco
trudno się przystosować do zakazów.
Ale zrobiłam to. Wyjechałam znowu. Realizuje swoje marzenia.
Czasami nie wiem nawet jakie mam marzenia, ani po co, ani w ogóle kim jestem,
gdzie jestem ani dlaczego. Nie to, że jestem chora, ale po prostu. Takie człowiecze
zagubienie. Całe lato się stresowałam szkołą. Polski liceum... bez komentarza.
No i alternatywa- USA. Niby prosty wybór, a jednak... Nie będę wymieniać
powodów za i przeciw. Podjęłam taką decyzję. Nie byłam pewna. Nie wiem nawet
teraz czy się to źle nie skończy. Czy jestem szczęśliwa? Nie wiem. Nie wiem
NIC. Zero. Nie mam o niczym pojęcia. Być może to takie objawy bycia 18 letnim
uczniem ostatniej klasy liceum i decydowaniem o przyszłości- studia, praca,
miejsce zamieszkania itp. TO JEST CHORE! Ja w ogóle nie wiem co robię, mam
wielki mętlik w głowie ale nie chcę żeby ktoś mi powiedział co robić. Można
powiedzieć, że niczym Vicky z VCB „wiem czego nie chcę”. Otóż nie chcę
normalnego życia. Nie chcę iść na poważne studia, mieć poważną pracę i piąć się
w górę, wyjść za mąż, mieć dzieci, przejść na emeryturę i umrzeć. NIE. To nie
jestem ja. Wiem też co kocham. Otóż kocham sztukę. Zeszły rok pozwolił mi
odkryć, że kocham nie tylko filmy i aktorstwo. Kocham teatr, ale nie tylko
zwykły. Uwielbiam też musicalowy, oraz specyficzny ensamble based theatre.
Kocham reżyserować oraz pisać. Kocham być szefem, kocham prowadzić dyskusje,
wymyślać metafory artystyczne, budować coś z niczego i tworzyć piękno. Gdybym
miała wybór zostałabym reżyserem, scenarzystą, aktorem, właścicielem. I to mi
podpowiada- nie wystarczy mi praca dla kogoś jako aktor. Czuję, że chcę założyć
coś własnego. Praca nad Adapted (o którym nic nie napisałam, gdyż wir prób do
musicalu pochłonął mnie całkowicie i zakończył moje pisanie bloga) otworzyła mi
oczy na wiele nowych możliwości i rzeczy, których w Polsce nie ma, a które ja
mogę założyć! Dlatego jestem na etapie
badań. Wiem w jakiej dziedzinie chcę pracować. Wiem co chcę studiować. Wiem
też, gdzie chcę wylądować na końcu, nie wiem tylko co będzie na drodze.
Chciałabym, żeby młodzież w Polsce miała takie możliwości teatralne jak tu, w
USA. I do tego dążę. Chcę być kimś wielkim, zrobić karierę i money w USA, a
jednocześnie rozwinąć sztukę w ojczyźnie. Im więcej się tu uczę, tym więcej mam
pomysłów. Kiedyś myślałam, że aktorstwa nie da się nauczyć. Miałam rację. Nie
da się nauczyć aktorstwa, ale doświadczenie, które można zdobyć jest niezastąpione- przez zeszły rok naczuyłam
się tak wiele...
Ale koniec paplaniny o przyszłości. Otóż, jestem w St Paul,
Minnesota. Chodzę sobie do międzynarodowej szkoły w centrum miasta, 160
uczniów, w budynku Cray Plaza szkoła wynajmuje dwa piętra. Jest wypasiona,
korzystamy z YMCA na wfie, ogólnie bomba. Mieszkam z rodziną Kathy i Frank oraz
inną dziewczyną z wymiany-Megane z Francji. Rodzina jest świetna, mają ogród z
warzywami, pieką własny chleb, codziennie gotują świeży obiad- więc jedzenie
ogólnie wypad. Do tego są liberalnymi katolikami, bardzo zabawni, otwarci. Mają
mnóstwo znajomych i mieli już wiele ludzi z wymiany. Mają 4 dorosłych dzieci.
Ben jest prawnikiem w NYC, Susie studiuje masters w tłumaczeniu, Joe jest
wokalista zespołu rockowego, no i Theresa/Walkin jest... Cóż. Walkin jest aktorką. Ma ciekawy życiorys. Kocha
teatr, ale alternatywny. Chodziła do liceum artystycznego, potem 6 miesięcy w
collegu. Rzuciła, bo nie chciała żeby jej rozkazywano. Pojechała do Południowej
Afryki i na piechotę przeszła przez kilka krajów. Przez rok żyła ze śmietników
i skacząc po pociągach po całym USA. Dostała się do jakiejś prestiżowej szkoły
teatralnej w CA, skończyła ja i pracowała w kilku teatrach. Teraz jest na tratwie
na rzece Missisipi, ze swoją kompanią teatralną i przez kilka miesięcy pływają
w dół rzeki i występują na ulicach. Jak więc widać jest osobą szaloną i cóż, ma
22 lata a zrobiła więcej niż większość ludzi. Nie mogę się doczekać kiedy ją
poznam. Ja nie miałabym dowagi rzucić wszystkiego i tak po prostu spełniać
swoje marzenia. A może właśnie to robię?
Ameryka jest jak zwykle cudowna. Choć po roku mieszkania tu
jest mniejsza zmiana. Jak to mówią moi nauczyciele- jestem w połowie
zamerykanizowana. Dlaczego?- Mój angielski jest jak amerykanów, nie mam Polskiego
akcentu (uhu!), znam większość obyczajów, zwyczajów, tradycji, świąt, znam
większość jedzenia, ogólnie po roku w liceum w USA człowiek wie WIELE.
Oczywiście tu muszę też sporo się nauczyć. Otóż poznaję uroki życia w dużym
mieście- St Paul i Minneapolis to Twin Cities, w sumie 7 mln mieszkańców.
Jeżdżę autobusem do szkoły, tak zwane „Downtown”, używam „Skyways”- to są
korytarze podniebne, które łączą drapacze chmur. Ponieważ jest tu nieco chłodny
klimat ludzie poruszają się tymi korytarzami- można przejść drapaczami z
jednego końca cetrum na drugi. Miasto
jest ładne, nad rzeką. Dom tez mamy fajny, mam własny pokój, Megane też. Jest
pingpong, pianino, wszystko czego potrzeba. Frank jest profesorkiem na
Uniwersytecie, wykłada zarządzanie dla nonprofit organizations. No i pracuje w
takiej organizacji, która pomaga ludziom wychodzącym z więzienia się
ustatkować. Kathy pracuje w laboratorium w szpitalu (Grey’s anatomy!). Najcenniejsza jest Megane. Na prawdę świetnie
jest być z innym exchange student. Jeździmy razem do szkoły, wracamy razem, zawsze
mam z kim pogadać lub iść na zakupy. No i nie mamy problemów- mamy inne plany
lekcji więc nie mamy się dość. W dodatku cenimy swoją prywatność więc nikt
nikogo nie prześladuje jak czasami rodzeństwo (wyjdź). Jest świetna osobą, miła zabawna, lubi sie
wygłupiać, słucha, szczera, inteligentna. Więc mam farta! Oczywiście wiele osób
jest niezadowolonych z rodzin. Niektóre rodziny biorą ludzi dla kasy (tu są
opłacane- teoretycznie na nasze żarcie) i wiele osób ma problemy. Ale to inne
historie, nie na takie opowiadanie.
Bylam już w Wisconsin- Milwaukie. Odwiedziliśmy Susie w jej
uniwersytecie, spędziłyśmy miły weekend. Ok, jeśli myślicie, że w liceum są
przystojni chłopcy- zapraszam do collegu. Szczególnie amerykańskiego- college
boys, którzy chodzą na siłownie, uprawiają sporty – no po prostu widok jak się
patrzy! Spędziłyśmy dzien na plaży nad jeziorkiem, gdzie college boys (tak ich
nazywamy) grali w siatkę J
A propos- jakieś 20 boisk było ustawionych na publicznej plaży, muzyczka itp.
Potem byłyśmy w kawiarni- mnóstwo studentów z laptopami i książkami, siedzą tam
i się uczą. Na prawdę, college w ameryce
jest zajebisty. Nie da się użyć innego słowa. Wiem, że w Polsce też jest spoko,
ale.... Tu są miasteczka studenckie, na terenie kampusu są STADIONY futbolu,
jest duch drużyny, liga collegowa jest w telewizji, są setki zajęć dodatkowych,
każdy college ma swój teatr... No po prostu inna klasa, tu college to taki mini
„prawdziwy świat”. Ja oczywiście staram się tu o przyjęcie i stypendium na
studia. Mam nadzieję, że to wyjdzie. Codziennie przez jakieś 2 godziny robię
research, gromadzę dokumenty, aplikacje, robię cv itp. Aplikowanie do
amerykańskiego collegu to skomplikowany proces.
Otóż w przedostatniej klasie bierze się ACT lub SAT. Ja
jeszcze TOEFL. W aplikacji college zadają mnóstwo pytań osobistych. Punkty są
ważne, ale nie najważniejsze. Liczy się jakie przedmioty miałam przez ostatnie
4 lata. Jakie oceny. Jakie zajęcia dodatkowe, jakie osiągnięcia w sporcie,
sztuce, muzyce. Jaki wolontariat, jakie doświadczenie w pracy, jakie
rekomendacje, jaki esej personalny napiszę. College dostają setki kandydatów o
wysokim ACT, max średniej i AP klasach. To, co zaważa na decyzji to osobowość
kandydata. Najlepsze robią też wywiad, a ja mam jeszcze przesłuchanie na
wydział teatralny. Na szczęście jestem szaloną osobą, więc mimo, że nie
wiedziałam, co jest potrzebne na amerykańskie studia, przez całe życie miałam
nie tylko świetne oceny, ale i szalone zajęcia dodatkowe. Dzięki temu moje cv
wygląda odjazdowo, rekomendacje załatwiam od nauczycieli z zeszłego roku,
którzy znają mnie przez teatr i nie maja polskiego nastawienia do ucznia „ w
sumie masz 5, ale to źle dawać za dobre oceny wiec postawię ci 3, a w ogóle to
jesteś idiotą i nie jestem tu żeby cię uczyć tylko udowodnić ci że nic nie
umiesz. Rekomendacja?- student jest dobrym uczniem. Robi prace domowe”. Nie
tego szukają college- oni chcą tekstów typu „ to najlepszy uczeń jakiego
kiedykolwiek miałem, jest niesamowity.” Oraz opisu charakteru ucznia. Niestety
w Polsce nauczyciele robią wszystko, żeby zachować dystans i stawiać się na
wyższym poziomie niż uczeń. Tu nauczyciel to przyjaciel, pokazują zdjęcia
swojej rodziny, mówią o sobie, i chcą wiedzieć wiele o nas. Traktują nas jak nadzieję
na przyszłość... którą przecież jesteśmy. Lubię czuć się ważna, doceniana, i
zachęcana do nauki, a nie jak u nas... tylko stres stres stres.
Jutro jedziemy do ludzi, którzy mają winiarnię i na zbiory
winogron ludzie po prostu przyjeżdżają im pomóc, a w zamian dostają śniadanie i
lunch. Bezinteresowność- oto jedna z wielu dobrych cech Amerykanów. Chociażby
kościół- ludzie udzielają się przy mszy. Kathy pierze „te białe” dla księży i
ministrantów, jedna kobieta piecze chleb (w tym kościele jest chleb zamiast
opłatka), ludzie mają „radę parafii” złożoną z mieszkańców. Parafianie grają na
pianinie, gitarach, skrzypcach, flecie i innych instrumentach, parafianie są „chórem”.
Parafianie czytają czytania i śpiewają psalmy. Parafianie dają ogłoszenia
parafialne, które mówią o tym, co nowego organizowane jest w parafii przez
parafian... Ludzie w kościele się znają (powtarzam-to jest duże miasto). Na
koniec mszy jeden z nich mówi, że mają zwyczaj przedstawiania nowych w ich „społeczeństwie”,
więc ktokolwiek kto jest gościem, lub jest nowy w kościele niech wstanie i się
przedstawi... Ja musiałam to zrobić!
Ludzie po mszy zostają i sobie rozmawiają. Dwa tygodnie temu msza była na
dworze przed kościołem a potem był piknik- każdy przyniósł potrawę i wszyscy
sobie jedli i rozmawiali. Poznałam chyba z pół parafii. Właściwie to nie wiem
czy parafii, bo jest wiele kościołów w okolicy i ludzie często chodzą do
dalszego/bliższego, niektóre są bardziej konserwatywne, inne liberalne. Nasz
jest bardziej liberalny, właśnie dlatego, że wymaga większego zaangażowania
parafian w mszę i życie kościoła, co jest mniej tradycyjne. Na prawdę podoba mi
się ich kościół. A, i oczywiście jest to kościół katolicki, który ma biskupa i
odpowiada przed papieżem.
Znajomi w szkole są fajni, mam przyjaciół z Francji,
Niemiec, Korei, Hiszpanii, Węgier, Chin, Rosji i nie wiem skąd jeszcze.
Mieliśmy Homecoming dance, na którym się wytańczyłam tak, że hoho. Nawet na
przemówieniach do samorządu, do którego się zgłosiłam, nauczycielka w czasie
mojego przemówienia się wtrąciła. Otóż powiedziałam, że „I like to have fun” a
ona na to „co mogliście zobaczyć jeśli widzieliście ją na homecoming dance”. Ja
i Eugene z Francji tańczyłśmy sobie nie przejmując się innymi, na naszym „prywatnym
parkiecie”. Więcej nie musicie wiedzieć!
Szkoła leci, czas leci, życie leci. Cieszę się, że tu
przyjechałam. A jeśli chodzi o mój plan lekcji:
1.
Honors speech
2.
PE
3.
Musical Theatre Club
4.
Lunch
5.
Honors American Gov’t
6.
AP Calculus
7.
College Prep
8.
World History
Więcej wkrótce!
Proszę tylko o jedno. Autorowi ciężko jest pisać gdy nie ma odpowiedzi czytelników. Jeśli macie jakiś myśli, pytania, dyskusje, komentarze- kliknijcie "komentuj" na górze notki, lub zostawcie wpis w "księdze gości". To zniechęcający, gdy nie mam komentarzy, bo wtedy myślę, że nikt mnie nie czyta i nie chce mi się pisać. A potem ludzie narzekają mi na maila, że nie piszę. Więc jeśli chcecie, żebym pisała, to chociaż dajcie znać, że czytacie:)
SEUSSICAL!
06.03.2010 :: 07:12 Komentuj (17)
Dzisiaj odbyła sie premiera mojego pierwszego w życiu musicalu. Ten tydzień był meczący, tech week- czyli próby do 9 wieczorem, 14 godzin w szkole i zero czasu na cokolwiek. Nie było dobrze, orkiestra kiepściła, nie byliśmy zgrani... ale magicznie dziś wszystko wyszło świetnie!!! Było na prawdę niesamowicie, po raz pierwszy wszystko wyszło IDEALNIE! Orkiestra grała cudownie, śpiewaliśmy wszystkie harmonie idealnie, (niektóre na 8 głosów) każdy był zaangażowany, uśmiechniety i co więcej- wszyscy nasi aktorzy są na prawde dobrzy! Więc zebraliśmy owacje na stojąco!
Przyszło ok 700 osób, teatr był wypchany a to dopiero pierwszy show z 8 !!!
Na końcu zawsze wychodzimy do publiczności, zebrałam mnóstwo komplementów, kwiaty, czekoladki, kartke i kilkoro dzieci poprosiło czy mogą dotknąć mojego ogona (jestem ptakiem).
Nigdy nie czułam się tak dobrze w sprawie show, bo zawsze coś szło źle. Ale dziś, wszystko poszło idealnie i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że daliśmy show na poziomie Broadwayu!
Dodaje zdjęcia z ludźmi z obsady. Ach, chciałabym żebyście mogli to zobaczyć, na prawdę.....

Ja i BIRDGIRLS

Ja i Jojo

Ja i General

Ja i Mr Mayor

Grinch, ja, Yerle the turtle

Ja i członkowie chóru dżungli

Gertrude i ja

Ja i Horton the elephant

Cat in the hat, ja, Israh (chór Who)

Matchmaker girls (oprócz Kary, która była gdzies indziej)
Lenistwo
01.02.2010 :: 00:13 Komentuj (7)
Lenistwo. Oto powód, czemu nie napisałam nowej notki.
Ostatnio nie chce mi się dosłownie NIC. Kupka bluzek, które wyprałam 3 tygodnie
temu i ułożyłam do prasowania nadal spoczywa na fotelu koło biurka. Materiały,
z których uczyłam się do finale dopiero dziś wpakowałam do szafki, bo nie
miałam miejsca na biurku. Ale dziś zebrałam się w sobie i postanowiłam napisać
co u mnie, a działo się wiele!
Po pierwsze festiwal, który był wspaniały! Pojechaliśmy w
czwartek o 4:30 rano. Jak dojechaliśmy było ok. 8 więc rozdzieliliśmy bilety na
wszystkie wydarzenia i mieliśmy cały dzień na teatr. Najpierw poszłam z
Brittany na „Sweeney Todd”, który był okropny. Osobiście kocham musical, ale to
wykonanie przyprawiło wszystkich o ból uszu i głowy. Teraz wiem, dlaczego licea
nie robią tego musicalu normalnie- ma zbyt skomplikowane harmonie i tonacje,
przez co strrrasznie fałszowali. Następnie poszłyśmy na warsztat „ensemble
based theatre” gdzie robiłyśmy mnóstwo dziwnych ćwiczeń, bardzo ciekawe. No i
wreszcie- moja master class. Byłam nieźle zdenerwowana, w końcu wybrałam
monolog z filmu „Gypsy”, gdzie dziewczyna drze się na swoją mamę. Z 5
zapisanych osób przyszłam ja i jeden chłopak, w publiczności na szczęście było
tylko ok. 50. Steve Petchanik- casting direktor najpierw opowiedział wszystko o
castingach, o tym jak wybierają ludzi i co robić. Potem mówiliśmy nasze
monologi. Nie będę pisać nic o chłopaku, bo to nie ważne. Ja powiedziałam mój
raz, potem dostałam dwie rady- nie patrzeć na niego bo przecież mówię do mamy,
oraz znaleźć granicę krzyku której nie powinnam przekroczyć ( bo szanuję mamę)
i w pewnym momencie wybuchnąć. Powiedziałam drugi raz i cóż, nie będę się
rozpisywać co mi powiedział, zdradzę tylko, że teraz na pewno wiem co chcę
robić i wiem, że mi się uda!
Później mieliśmy lunch, obejrzałyśmy następną sztukę „Sparrow”
(bardzo profesjonalna) i niestety, wieczorem nie dostałyśmy się na Chicago
musical, bo było zbyt wiele chętnych. Z drugiej strony na szczęście podobno
było beznadziejne (znów-dlatego licea nie robią Chicago) a my poszłyśmy na „Improv
mafia” czyli pokaz improwizacji, w wyniku czego śmiałyśmy się przez 2 godziny
jak wariatki i bolały nas brzuchy. Na końcu była dyskoteka i miałyśmy świetną
zabawę.
Następnego dnia rano obejrzeliśmy All state musical-
Urinetown. To był najciekawszy moment tego festiwalu, All state ma tylko
najlepszych z całego stanu z liceów, przesłuchania są na początku roku (żałuję,
że o tym nie wiedziałam). Było
NIESAMOWITE, PROFESJONALNE, GENIALNE ! Jakość jak na Broadwayu, nigdy
byście nie pomyśleli, że high school students tyle potrafią.
Jeśli chodzi o egzaminy- spędziłam 5 godzin na zrobieniu
notatek na historię i dostałam piękne A+ . Test był mega trudny (pytania typu o
czym była sprawa Marbury vs Madison, mnóstwo nazwisk, wszystkie wojny po prostu
teraz czuję się jak podręcznik do historii). Z innych przedmiotów też poszło mi
dobrze, biorąc po uwagę, ze codziennie kułam się do 12/1 w nocy. Ogólnie moje
oceny na semestr to:
PE-A
AP English-
A-
Physics- A-
Choir- A+
German- A
US History-
A-
Pre Calc- A
Dostaliśmy report cards (przysyłają pocztą) i moja rank to
33/468 (w sensie jestem 33 w roczniku jeśli chodzi o wyniki). I nie chcę
tworzyć nieporozumień- szkoła amerykańska NIE jest banalna. Owszem, może być-
jeśli wybierasz zwykłe przedmioty i masz ich mało. Ja mam jeden AP, dwa Honors
oraz żadnych wolnych godzin, w dodatku spędzam kilka godzin dziennie na nauce.
Mój nowy
plan to:
1. AP ENGLISH
2. PE
3. PHYSICS H
4. A CAPELLA SINGERS
5. GERMAN H
6. US HISTORY
7. DRAMA LIT
8. PRE CALC
Troche męczy mnie, że nie mam
lunchu, ale jem na chórze. Mam nowego nauczyciela historii (tutaj zmieniają się
po semestrze w zależności od rozkładu), nie jest taki świetny jak Mr Schmidt.
Ale ogólnie podoba mi się rozkład, zmieniłam wf na weights- czyli mam siłownię
3 razy w tygodniu i fitness raz oraz choice day raz. Jest ciekawie, pracuję nad
mięśniami nóg, ramion i brzucha;p A właśnie, muszę się pochwalić moim
pół-osiągnięciem, jestem na 28 dniu 6 weidera;p Stwierdziłam, że do mojej roli
pasowałby sześciopak na brzuchu, bo w końcu mam być hot Latino dancer więc
zebrałam się w sobie i ćwiczę :)
Miałam kilka lekcji śpiewu z Mrs
Lemien, nauczyła mnie techniki belting i teraz pracuję nad głosem. Ogólnie
chodzi o zebranie mięśni brzucha, ugięcie nóg i skupienie ciężaru ciała na
palcach (co nie jest trudne jak się ma obcasy)i śpiewanie tak, aby czuć
wibracje w nosie. Dzięki temu udaje mi się śpiewać tak wysoko, jak nigdy nie
marzyłam, a jeśli będę codziennie ćwiczyć będzie to nawet łatwiejsze.
Próby idą dobrze, w tym tygodniu
mam codziennie, a w piątek cały show pierwszy raz! Już tylko miesiąc do premiery!
Oprócz tego mamy spotkania z reżyserami Adapted i mnóstwo pomysłów, bardzo się zbliżyliśmy.
Cieszę się, że Mr Stoner wybrał akurat te osoby, bo mimo, że normalnie mamy
innych przyjaciół to świetnie nam się pracuje i zawsze spędzamy kilka godzin na
rozmowach o życiu:)
W piątek rano, z innymi z wymiany
mieliśmy midyear meeting. Pojechaliśmy najpierw zwiedzić areszt i sąd, mieliśmy
wycieczkę po areszcie, po sądzie i zabrali ans do Sali sądowej, gdzie
obejrzeliśmy kilka rozpraw cywilnych. Potem sędzia opowiedział nam o swojej
pracy, a na końcu poszliśmy do sędziego od spraw kryminalnych, tym razem w Sali
sądowej jak na filmach. Był bardzo miły, odpowiedział na wszystkie pytania i
mogliśmy siedzieć gdzie chcieliśmy- ja byłam adwokatem;p
Następnie mieliśmy lunch w
restauracji-bufet. W życiu tyle nie zjadłam, po ośmiu godzinach nic nie
jedzenia… zjadłam 3 dokładki kurczaka i brokuł i sałatki, po czym lody, owoce i
ciasto na deser.
Wreszcie dojechaliśmy do hotelu z
parkiem wodnym, więc kapaliśmy się przez jakieś 6 godzin. Exchange students to
najfajniejsza mieszanka ludzi, mieliśmy taaaaką zabawę! Później siedzieliśmy w
jednym pokoju, tańczyliśmy, robiliśmy głupie rzeczy i graliśmy w Apples to
Apples- świetna gra planszowa! Poszłyśmy spać ok. 3 w nocy, następnego dnia
mieliśmy śniadanie o 10 i zakupy w 2. Największym centrum handlowym a USA.
Niestety- nic nie kupiłam, jakoś nic mi nie wpadło, oprócz sukienki, która
miała zepsuty zamek… Na końcu pojechaliśmy do Wisconsin, do fabryki fasolek
żelkowych Jelly Belly, gdzie mieliśmy wycieczkę po fabryce, degustację i
mogliśmy kupić żelki. To były najfajniejsze dni stycznia, bawiłam się świetnie!
Teraz jednak czas na pracę. Muszę
napisać satyrę na angielski, na drugi przeczytać sztukę, nauczyć się na
sprawdzian z matmy i fizyki, napisać esej na historię i nauczyć się na
niemiecki.
Jedna ważna wiadomość- na chórze
robimy CAŁE Requiem Mozarta (wszystkie chóry ze szkoły) oraz nasz dyrygent
ZGODZIŁ się i razem z drugim liceum robimy CARMINA BURANA !!! Nie całe, bo z 25
utworów zrezygnowali z tych, które są za trudne (normalnie śpiewają to chóry
profesjonalne, ludzie po studiach muzycznych) więc będziemy mieli ok. 20. Jeden
koncert będzie na wielkiej konferencji, która w tym roku jest w naszej szkole,
a drugi w maju. Cała Carmina Burana trwa godzinę i piętnaście minut, więc nasze
będzie ok. 50 minut. Jestem mega podekscytowana, bo na początku nazwa nic mi
nie mówiła, ale
http://www.youtube.com/watch?v=QEllLECo4OM
polecam posłuchać pierwsze 3
minuty, na pewno wszyscy to znacie! Requiem Mozarta też jest świetne:) My
niestety nie będziemy mieli wielkiej orkiestry, tylko dwa fortepiany i 6
perkusji. Ale i tak będzie świetnie! Dorzucam trochę zdjęć!
A, bym zapomniała. Julian z Niemiec,
który był tu na 5 miesięcy pojechał do domu w zeszłym tygodniu i byłyśmy na
jego przyjęciu pożegnalnym, więc zdjęcia są też z tamtąd.
Początki dekoracji
PRACA!
08.01.2010 :: 00:24 Komentuj (7)
Jedyne co Bóg powinien był dodać do życia do ścieżka
dźwiękowa. To niezwykłe jak muzyka potrafi wpłynąć na nasz nastrój. Ja na przykład
słucham właśnie piosenki „Love stinks”, która wprawia mnie w humor rodem z
filmu „Hangover” (jedna z najlepszych komedii na świecie!). Nie wiem czemu, bo
utwór ten nie występuje w soundtracku, po prostu ma ma taki nastrój. Na wf-ie
zawsze puszczają muzykę, w efekcie gdy gramy w siatkę/kosza i nagle słyszymy
dobry kawałek gra od razu robi się bardziej ekscytująca i ludzie mają wyraz
twarzy „oh yeah”, jeśli wiecie co mam na myśli. Nie jestem jednak pewna, czy to
dlatego, że mamy swego rodzaju „ścieżkę dźwiękową do życia” czy po prostu
czujemy się jak bohaterowie filmu? Pierwszy
tydzień 2010 jest najbardziej zakręconym tygodniem mojego życia. Otóż w we
wtorek zaczynają się egzaminy finałowe, przez co w szkole panuje atmosfera…. Hmm,
paniki? Tak, to dobre słowo. Nie tylko wśród uczniów, ale też nauczycieli,
którzy sądzą, że nie potrzebujemy czasu na naukę do egzaminów, więc możemy mieć
w tym tygodniu milion testów i zadań.
W sobotę byliśmy w Chicago na meczu koszykówki Innini vs
Gonzaga z Waszyngtonu, na stadionie Chicago Bulls United Center. Grał syn
Michaela Jordana! Gra była bardzo intensywna, był remis, dogrywka i niestety 20
sekund przed zakończeniem Gonzaga trafiła i przegraliśmy… Jednak doświadczenie
było super, cały stadion był pomarańczowy- bo to kolor Illinois, na środku
wisiał ekran jak na filmach i pokazywali ludzi z widowni jak robią głupie
rzeczy no i cheerleaderki i cheerleaderzy robili ekstra akrobacje. To muszę im
przyznać, z wszystkich wad, jedno w nich podziwiam- te szalone salta do tyłu
przez cały stadion, bez zabezpieczeń.
Zbudowanie mostu na fizykę zajęło mi 2 dni, ok. 14 godzin.
Pierwsze 4 zmarnowałam na złe pocięcie drewna, wyszukiwanie w Google „jak
zbudować most” oraz użalanie się nad sobą i wyklinanie
fizyki/nauczyciela/mostu/USA/mnie i mojej głupoty. Kiedy frustracja zamieniła
się w „Nie chcę tu być, ja chcę do mamy” zadzwoniłam do taty, żeby wszedł na
skype i mi pomógł. I tak umówiliśmy się „za godzinę” bo byli w drodze z
sylwestra, w tą że godzinę zebrałam się w sobie i zaczęłam budować. Otóż na
kartce, którą dostaliśmy od nauczyciela był rysunek i ja po prostu oparłam na
nim mój projekt. Gorilla Glue był na całej powierzchni mojego ciała, najgorsze
były momenty kiedy palce przyklejały mi się do drewna, przez co most ma na
sobie kawałki mojej skóry… Ale w końcu udało mi się zbudować swego rodzaju
most, który o dziwo był jednym z ładniejszych w klasie! W środę było „łamanie”,
tak więc wyszliśmy na środek szkoły (Chleba i igrzysk!) i… mój most wytrzymał
9.5 kg, sam ważył 19.8 GRAMÓW. Nie jest to genialny wynik, ale biorąc pod
uwagę, że mój most zbudowałam CAŁKIEM SAMA, podczas gdy wszyscy mieli pomoc
rodziców oraz moje załamanie nerwowe- jestem z siebie dumna!
W poniedziałek mieliśmy próbę śpiewu do musicalu od 6 do 9,
przez co byłam wykończona, ale jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka… We wtorek
pierwsza próba w teatrze- 2.5 godziny zajęło nam nauczenie się 3 minutowej choreografii…
No ale czego się można spodziewać jak się wrzuca 70 osób na scenę, z czego
tylko kilkoro chodzi na regularne lekcje tańca? Na szczęście ja i reszta
głównych nie musimy uczyć się całego układu, bo mamy osobne wejścia. Ale próba
skończyła się o 6, przez co miałam mało czasu na naukę do sprawdzianu z
historii na środę…
Środa była czarnym dniem. Bolał was tak kiedyś brzuch że myślałyście,
że umrzecie? Teraz wyobraźcie sobie, że jesteście w szkole przez jeszcze 5 godzin,
nie macie tabletki a pielęgniarka nie ma prawa jej wam podać bo – UWAGA- może
jesteś narkomanem? Tak więc przez 5 godzin zwijałam się na krześle i marzyłam
żeby dzień się skończył. Wróciłam ze szkoły i rozmawiałam z rodzicami przez
godzinę. Potem ćwiczyłam gamy na egzamin z chóru (tak, jest coś takiego jak
egzamin z chóru- gamy, przygotowany utwór oraz śpiewanie z nut), zjadłam obiad
i pojechałam z Julie wybrać pieniądze. W czwartek po szkole- wyjazd na festiwal
teatralny! Tak więc po powrocie spakowałam plecak, co zajęło mi godzinę,
wydrukowałam mój monolog, plan festiwalu, wykąpałam się, zrobiłam 6 Weidera
(jestem na dniu 10) po czym odrobiłam angielski, niemiecki i zaczęłam powtarzać
powtórzenie z matmy. Tak, powtarzać powtórzenie… dostaliśmy review pac ket na
egzamin z połowy semestru- 50 pytań. Niestety ja mam pamięć dobrą, ale krótką… więc większość
zapomniałam. I jeśli ktoś jeszcze raz powie, że szkoła w USA jest banalna
będzie miał do czynienia ze mną i moją matematyką! Skończyłam się uczyć o
12:30, kiedy zaczęłam mylić horyzontalną, wertykalną i oblique asymptoty.
Starałam się zasnąć, ale kilka minut później (tak mi się wydawało) obudził nas
telefon. Była 5 rano- SNOW DAY. W dodatku dystrykt nie pozwala nam wyjechać
dziś na festiwal, więc jedziemy jutro o 4:30 rano!
Tak więc dzień wykorzystałam na wszystkie rzeczy, które
zawsze mówię sobie, ze muszę zrobić ale nie mam czasu. Poszłam z Julie na „Princess
and the frog”, potem po chleb i mleko, na wyprzedaż do Victoria’s Secret
(odjazdowy sklep) i do Noodles and Company na lunch. Wreszcie mogłam się
wyluzować. Jedyne czego żałuję, to że nie będziemy na ceremonii otwarcia na
festiwalu- pokaz prowadzony przez
wielkiego reżysera na Broadwayu. Ale z drugiej strony- to właśnie on
prowadzi moją Master Class, więc to przez niego zostanę skrytykowana za monolog
na oczach tłumu. Na festiwalu jest
MNÓSTWO do roboty, wiele sztuk z różnych liceów (ja osobiście nie mogę się
doczekać Sweeney Todd), wiele warsztatów dla aktorów, reżyserów, techników,
muzyków, Master Class oraz All State
Musical. Na początku roku ludzie idą na przesłuchania i najlepsi z całego stanu
są w musicalu, w tym roku jest to Urinetown. Żałuję, ze nie było mnie kiedy
były przesłuchania…
W każdym razie jutro jedziemy, wracamy w sobotę po południu
i muszę uczyć się do egzaminów. Mam barrrrdzo mało czasu- szczególnie teraz
egzaminy finałowe (20% oceny końcowej-kocham system tu, bo wszystko jest na
punkty a nie widzi mi się nauczycieli), próby w teatrze po kilka godzin
dziennie, prace domowe oraz staram się grać na pianinie codziennie. Mam jednak
nadzieję, że po egzaminach wszystko się uspokoi. No, w każdym razie oprócz
teatru, gdzie prób będzie coraz więcej.
Dobra wiadomość- dostałam wynik mojego ACT. Myślałam, że
beznadziejnie mi poszło, bo było naprawdę trudne, ale … dostałam 29! Jest to
bardzo dobry wynik, bo jestem lepsza od 94 % Amerykanów, według National Rate.
Z takim wynikiem można się dostać do każdego college, a kwietniu liczę, ze
wyciągnę się na 30. Ogólnie są 4 części i każda jest na ok. 60-70 punktów, z
czego potem na skali 1-36 wyszukuje się swoje punkty. Potem z tych 4 jest
liczona średnia i bam- wynik.
Na razie muszę się zabrać za prace domowe- free response
essay na AP English, powtórzenia z matmy z CAŁEGO semestru (kolejne),
powtórzenie z historii od 1492 do 1900, angielski cały semestr i niemiecki to
samo. Ręce pełne roboty!
Święta
27.12.2009 :: 00:47 Komentuj (2)
Przerwa świąteczna! Swego rodzaju odpoczynek. Po pierwsze
napadało tyyyle śniegu, wszystko jest zasypane!
Jeśli chodzi o przygotowania, to po pierwsze z Julie upiekłyśmy ok. 700
ciastek. Zajęło nam to 9 godzin w sobotę, mamy wiele rodzajów i większość rozdałyśmy.
Tutaj sąsiedzi są bardzo mili i przynoszą sobie prezenty na święta, więc my
roznosiłyśmy ciastka. Pukałyśmy do drzwi, a jak otwierali śpiewałyśmy „we wish
you a merry christmas”. Było zabawnie!
Na wigilię poszłyśmy do domu Baretta. Nie jest to taka
uroczysta kolacja jak w Polsce. Było dużo jedzenia, ale nic Polskiego, oprócz pierogów, które ja
zrobiłam. Jednak było miło, choć
inaczej.
W pierwszy dzień świąt Lauren, Leslie i Barret przyjechali
do nas. Była też kuzynka Julie, rano otwieraliśmy prezenty. Dostałam
najwspanialsze świąteczne prezenty! Po pierwsze moi rodzice mieli pakt z Julie.
Otworzyłam jeden z prezentów, a tam gazeta… pod tytułem „Arizona”. Zastanawiam
się co to jest, a w środku była kartka z napisem „Ho ho ho merry christmas! You’re
going to Arizona on March 27.!~Okazało się, ze mój tato kupił bilet na samolot
już w październiku! Zobaczę wielki kanion, Phoenix , trening Cubs i wiele
innych! Byłam mega zaskoczona, bo nic się takiego nie spodziewałam!
Później kolejne zaskoczenie- Lauren dała mi bilet na
Broadwayowski Billy Elliot w Chicago! Idziemy razem w kwietniu. No i ostatni-
bilet na mecz Chicago Bulls w styczniu… Z Julie. Oprócz tego dostałam mnóstwo
słodyczy, grę planszową, kocyk Illinois zrobiony przez Julie, piżamę-śpiochy,
bluzę i kosmetyki. No i świąteczne wydanie moich ulubionych płatków
śniadaniowychJ
Ja dałam Julie kalendarz z Czarnoksięznik z Kariny Oz, bo
to jej ulubiony film. Rodzice przysłali dla niej obrazki z Wrocławia.
Potem przyszli przyjaciele Julie, małżeństwo, z którym zna
się od 30 lat. Mieliśmy uroczysty obiad, była Chrismas Ham ! Potem graliśmy w
gry planszowe a wieczorem poszłyśmy z Julie zobaczyć „It’s complicated” z Meryl
Streep. Bardzo zabawny film.
Dziś odpoczywaliśmy. Grałyśmy w Sequence i w pewnym
momencie zaspiewałam „All you Reed is love” na co Laslie odśpiewała „love is Just
a game” i tak zaspiewałyśmy we 4 całą piosenkę z Moulin Rouge ! Kocham takie
momenty. Można powiedzieć, ze życie tu to musical, bo ja z Julie obie kochamy
filmy, w tym musicale więc zawsze coś śpiewamy. Ludzie dziwnie się na ans
patrzą, jak wychodzimy z samochodu i wydzieramy się „The hills are alive with
the sound of music! Albo wychodzimy na śnieżycę ze sklepu i obie zaczynamy „The
Feather outsider is frightfull!” Podsumowując- na wszystko jest piosenka! A
teraz przychodzi świeża porcja z „Nine”, które zamierzam zobaczyć wkrótce.
Niedługo sylwester. Nie jestem pewna co będę robić. Miałam
iść do Kena jak zwykle, ale nie wiem czy chcę zostawić Julie samą w domu, poza
tym ona powiedziała, ze mogę zaprosić ludzi do nas, więc jeszcze się zobaczy.
Pracuję nad monologiem na Theatre Fest,
bo przez przypadek się zgłosiłam. 7 stycznia Thespians jadą na Theatre
Fest, wielki festiwal teatralny, na którym ma być ok. 4000 osób. Master Class,
jak wytłumaczył Mr Stoner, polega na tym, że jeden uczeń zgłasza się i robi
coś, w zależności od rodzaju klasy, a ekspert go uczy i poprawia przed
publicznością- w ten sposób publiczność uczy się poprzez obserwację. No i
trzeba się na to zapisać. Ja sobie myślałam „ekstra! Ciekawe co za frajer
zgłosiłby się, żeby być królikiem doświadczalnym… „ No więc ten frajer to ja.
Otóż okazało się, że żeby być w publiczności nie musisz się zapisywać, a ja to
zrobiłam, nieopatrznie stając się tym frajerem. Było ok. 20 różnych klas, od musical theatre
auditioning, poprzez acting Shakespeare, do mojego auditioning with casting
director. Więc teraz uczę się monologue, który powiem przez kilkuset
uczniami I tym “ekspertem” po czym on mnie będzie “uczył” czyli robił ze mnie
pośmiewisko. I najgorsze, że to jest w piątek, więc potem cały weekend ludzie
będą się ze mnie śmiali! Oto moje życie.
Zrobiliśmy inną głupią rzecz. Alberto nigdy nie miał
przyjęcia urodzinowego, więc Spencer postanowił je zorganizować. We wtorek
pojechaliśmy do domu S, mieliśmy tort i prezenty. Alberto jest trochę inny niż
wszyscy, z pochodzenia Włoch, kocha nad wszystko muzykę, śpiewa w chórze, gra
na klarnecie i w ogóle jest genialny. Ale nie lubi dużych grup ludzi ani nie
jest takim zwykłym przyjacielem, zawsze trochę zamknięty w sobie. Jednak z nami
lubi się spotykać. Zadzwoniliśmy żeby przyszedł, tak po prostu pooglądać filmy.
No i on się zgodził, ale nie przyjechał. Więc dzwonimy znów- pojechał kolędować
z Madricals… I tu rodzi się głupi pomysł…. Wsiedliśmy w 7 do samochodu, 2 w
bagażniku. Ja i Becca wzięłyśmy wielkie candy cans z ogrodu, chłopcy założyli
na głowy maski SpiderMana. Tu Downtown nie jest zbyt duże, znaleźliśmy ich w
Starbucks. Plan był- założyć mu worek na głowę i porwać do samochodu… Prawie
się udało, ale on się uwolnił… I nie był zadowolony. Więc z niespodzianki
nici. Jednak była to przygoda- nie
jesteśmy profesjonalnymi porywaczami i raczej nigdy nie będziemy.
Dodaję trochę zdjęć z świąt i Winter wonderland w Chocago,
gdzie byłyśmy ostatnio.
ŚNIEG
14.12.2009 :: 05:22 Komentuj (4)
Ah, zima, zima zima! Nadeszła niespodziewanie! Otóż budzę
się w zeszłym tygodniu, już nie pamiętam którego dnia, a tu an dworze jakoś
pomarańczowo! Wszędzie było pełno śniegu i światła latarni odbijały się od
niego, dlatego patrząc przez okno myślałam, że zwariowałam;p
Śnieg jest
wszędzie! Jest zimno ale nie przeszkadza mi to, bo wszystko można dobrze
wykorzystaćJ
Ale od początku. W zeszłą sobotę pojechaliśmy do Chicago z Exchange students…
Było przezabawnie, jedliśmy w szalonej restauracji, gdzie kelnerzy mają celowo
być chamscy i szaleni. Po pierwsze było full ludzi, bo to popularne miejsce. Co
pół godziny kelnerzy robią taki taniec na stołach (nie naszych oczywiście), jak
jest się gotowym złożyć zamówienie to zakłada się papierowe czapeczki, które
nam rzuciła babka przez inny stolik! Potem przyszła, przysiadła się i pyta „What
do you want?” a jak Katie powiedziała, że chciała wodę bez lodu to ona na to „I
don’t care” Wiem, że brzmi to chamsko, ale na tym polega komizm, bo oni tak naprawdę
tylko zabawiają ludzi i są na luzie, robiąc zwariowane rzeczy;] Zdecydowanie
najlepsza restauracja w jakiej byłam;p
Tydzień był intensywny w szkole… Mnóstwo testów. W środę
poszliśmy z grupą kilku osób z chóru do Porters, restauracji, w której mieli
kolację ludzi z zarządu edukacji w Illinois, bo poprosili nas żebyśmy
zaśpiewali kilka kolęd. Było zabawnie no i dostaliśmy w podzięce kartę do Jumba
Juice z 5 $ ;)
Upiekłam z Sierrą ciastka dla kumpla, który miał urodziny. Moje pierwsze
własne ciastka, które nie powiem, wyszły świetne! Załączam zdjęcie naszego
dzieła;]
W piątek read/sing through Seussical… Pierwsza próba z całą
trójką nauczycieli- nauczycielka głosu, która nas uczyła, reżyser i Mr Koll
który zajmuje się chwilowo światłami (zwykle to on uczy śpiewu, bo jest od
chóru, ale w tym roku chcieli nam dać kogoś, z kim nie mamy codziennie
lekcji-inny punkt widzenia). Od razu jak weszłam wiedziałam, że coś jest nie
tak. Mikrofony! Może to żałosne, ale śpiewanie samemu do mikrofonu, w pokoju z
70 innymi osobami, które gapią się i OCENIAJĄ każdy krok jest stresujące! Na
szczęście jakoś przebrnęłam, po pierwszej piosence się mniej denerwowałam i
trzy następne już spokojnie zaśpiewałam, choć i tak ciut spięta… Na szczęście
wszyscy (główne role) są świetni w tym co robią! Na przykład Sydney- gra Sour
Kangoroo, divę. Wystarczy wspomnieć, że Sydney jest Afro-Amerykanką, więc głos
ma odjazdowy! Albo Greg, który gra szalonego generała- doprowadza wszystkich do
szaleńczego śmiechuJ
W ogóle wszyscy są świetni i będziemy mieli wspaniały show! Zrobili nam już „head
shots” do programów i dostaliśmy kalendarz prób na styczeń-marzec. Jest bardzo
intensywny, praktycznie codziennie 3 godziny a pod koniec dłużej, ale ja się
cieszę, bo będziemy mieli świetną zabawę.
W sobotę zdawałam ACT, jeden z dwóch testów akceptowanych
przez college (drugi to SAT) . Spędziłam 5 godzin w szkole, test składa się z 5
części- English (poprawia się błędy w Angielskim TRUDNE ), Math, Reading (czyta
się pasaże i odpowiada na pytania z analizy) i Science Reasoning (są opisane
eksperymenty z fizyki, chemii i biologii i odpowiada się na pytania. Jeśli ktoś
twierdzi, że Amerykanie są głupi i szkoła jest prosta- jest w błędzie. Polecam
wyszukać w Internecie testy ACT i spróbować je rozwiązać, w dodatku w czasie,
który oni dają. Z matmy nie zdążyłam zrobić 18 pytań z 60 i musiałam zgadywać,
z Science nie zrozumiałam 60% słów i nie zdążyłam przeczytać wszystkich
eksperymentów ogólnie, ze tak powiem masakra. (Na marginesie- jestem dobrym
uczniem, pod koniec gimnazjum miałam 183 pkt) Więc teza, że w USA jest banalna
szkoła i niski poziom jest stereotypem, to jest na prawdę trudne.
Wieczorem w sobotę poszłam na urodziny kolegi. Było nas 7,
ta sama paczka co zwykle- ja, Becca, Alberto, Spencer, Matt, Ken i Pat. Było
odjazdowo! Najpierw Spencer i Matt zniknęli w domu, więc chodziliśmy po domu po
ciemku z noktowizorem i sztucznymi brońmy w dziwnych strojach, które
znaleźliśmy w piwnicy i udawaliśmy bohaterów horroru. Potem wyszliśmy na dwór, przywiązać Kena do
drzewa wełną, ale wtedy rzuciłam kogoś śnieżką i tak rozpoczęłam 2-godzinną
bitwę śnieżną, w którą zaangażowali się również sąsiedzi. Podsumowanie:
zmęczenie, pot, szaleństwo, jedno zbite okno, jeden poległy (Ken, który w
pewnym momencie rzucił się na ziemię, więc Alberto zasypał go łopatą i tak
pochowaliśmy Kena;p oczywiście na żarty!) Ogólnie biegaliśmy po całym
sąsiedztwie i wykorzystaliśmy różne bronie- deska do pływania, kosz na śmieci,
łopata, trampolina, mini domek na placu zabaw… Było zabawnie szczególnie, że
chłopcy mają fioła na punkcie LOTR, więc co chwilę ktoś krzyczał „For Isengard!”
i inne cytaty;] Potem oglądaliśmy „Powrót do przyszłości” i „Harry Potter 6”.
Dzisiaj pojechałyśmy do Chicago. Najpierw byłyśmy w Navy
Pier IMAX, na Christmas Carol. TO NIE JEST FILM DLA DZIECI. Jakieś 3 razy krzyczałam
ze strachu (może to przez to 3D?), film jest naprawdę momentami przerażający i
straszny….. Ale ogólnie wzruszający i oczywiście jak zwykle płakałam. Potem
poszłyśmy do domu i zjadłyśmy obiad a wieczorem pojechałyśmy do Zoo w parku
Lincolna. ZOO to jest po pierwsze darmowe, po drugie oświetlone tak, że chyba z
Marsa je widać! To tradycja, że w święta dekorują je tysiącami lampek, więc
wszystkie drzewa były kolorowe, były też lampowe zwierzęta i inne wzory,
leciała świąteczna muzyka i było przeuroczo! Tańczyłyśmy na ścieżkach! Dodaję
zdjęcia ! Teraz ostatni tydzień przez przerwą świąteczną!
Thanksgiving.
28.11.2009 :: 02:20 Komentuj (5)
Zbliża się koniec listopada i dekoracje świąteczne pojawiają
się już na ulicach. Ludzie rozświetlają domy tak, że czuję się jak w świecie „Kevin
sam w domu”. Niektórzy są NAPRAWDĘ bardzo pomysłowi…
Co nowego u mnie? Pamiętacie jak pisałam o thespians? To
międzynarodowe stowarzyszenie ludzi zaangażowanych w teatr, nie tylko aktorów
ale też załogi, nauczycieli itp. Teraz jestem jednym z nich! To zdumiewające
jakie życie jest nieobliczalne. Na początku roku przeglądałam kalendarze
szkolne, które dostaliśmy i opisy różnych kół. Wśród nich byli „thespians”
czyli to stowarzyszenie. Były też chóry, ale opis a capella jako
wyselekcjonowanej przesłuchaniami grupy najlepszych jakoś mnie nie zachęcał. Po
prostu pomyślałam- „nie, ja nie jestem taka dobra, ani to niemożliwe żebym była
thespian. A dziś jestem oboma! To niesamowite jak często mylę się co do
przyszłości i planów Boga, które okazują się najlepszym wyjściem.
Ale po kolei. Na początku pisałam też o Adapted- wiosennej
sztuce, reżyserowanej przez uczniów. Każdy mógł zgłosić coś do zaadaptowania, 6
reżyserów każdy zrobi 15 minutową adaptację. Mój pomysł z mitem greckim nie
wypalił, ale… Jestem oficjalnie reżyserem adaptacji „Little miss sunshine”. Nie
wiem jak to się stało, wypełniłam aplikację bardzo dokładnie, podając moje
doświadczenie w Polsce (dzięki temu Mr Stoner zaproponował mi dołączenie do
thespians) i miałam „interview”. Przyszłam zupełnie nieprzygotowana, bo przed
nim byłam chora i właściwie tylko dlatego poszłam do szkoły. Po raz kolejny sprawdziła
się moja teoria- prawda jest zawsze najlepsza. Postanowiłam po prostu
powiedzieć prawdę, odpowiadając na pytania nie starać się zaimponować. Czego skutkiem było, że na większość pytań
odpowiedziałam „Nie wiem”, no bo jak rozwiązać problem, że większość filmu to
podróż autokarem? W każdym razie
zostałam wybrana i mieliśmy pierwsze
spotkanie. Jestem w grupie z Courtney i Gregiem (bo podzielił nas na 2 zespoły,
w których będziemy pracować z obsadami) i było naprawdę spoko. Szykuje się
wiele ciekawych rzeczy, m. In. 2 grudnia mamy warsztaty z jedną z założycieli „Looking
Glass”- słynny teatr w Chicago. We
wtorek po szkole zaprosiłam reżyserów do mnie, żeby obejrzeć mój film.
Spędziliśmy świetne popołudnie i wieczór, wszyscy czujemy, że nas świetnie
dobrano i na pewno będziemy przyjaciółmi.
Próby do musicalu trwają, na razie poniedziałki i piątki po
3 godziny, chociaż czasami musze zostać dłużej z innymi „leads”. Jest ciężko,
bo ten show to praktycznie sama muzyka, bardzo mało dialogów a chór ma mnóstwo
piosenek i niesamowitych harmonii. Brzmimy naprawdę świetnie, szczególnie, że
nie wszyscy są z chóru. Mamy ludzi ze wszystkich środowisk- football iści,
siatkarki, drama, chór, piłka nożna, science … ogólnie mieszanina wariatów i
jest odjazdowo!
Wczoraj było thansgiving. Najpierw poszłyśmy do Connie-
przyjaciółki Julie i mieliśmy indyka;] Potem graliśmy w gry planszowe z wszystkimi,
było bardzo zabawnie. Wieczorem poszłyśmy na druga kolację- do babci
Baretta (mąż Leslie). Było ok. 40 osób,
w tym ok. 10 w moim wieku. Barett ma 3 braci i siostrę, a jego tata ma 6
rodzeństwa więc rodzina jest duuuuża. Było bardzo zabawnie, w piwnicy mieli
urządzony na staro pokój zabawowy, ze stołem bilardowym, czerwonym pianinem,
radiem z gramofonem i starymi grami na monety! Zejście na dół jest caaałe
poobwieszane pocztówkami (dziadek Baretta był pilotem) i zdjęciami członków
rodziny. Spędziliśmy miły szalony wieczór! I ta pyszna lodowa „pie” (bo nie ma
u nas na to tłumaczenia-to NIE jest szarlotka) z oreo ciastkami i lodami
miętowymi!!!
Dzisiaj był Black Friday- czyli WIELKA wyprzedaż w całym
kraju. W zeszłym roku 2 osoby zostały zabite przez tłum w Walmarkt… (to ten sklep, w którym sprzedają
ubrania Miley Cyrus…) Ja obudziłam się o 3:25 i Gloria odebrała mnie i pojechałyśmy
na zakupy- z Lindą, znajomą Glorii, Rebecą i jej przyjaciółką. Byłyśmy tam 6
godzin, nie było jakiś mega wariackich tłumów- po prostu kolejki, ale było
spokojnie. Ja kupiłam tylko dwie koszulki przecenione o 60 % ;] Ale to ciekawe
doświadczenie!
Po zakupach Linda przyszła do mnie i oglądałyśmy Notebook i
Moulin Rouge. Po raz kolejny na Notebook płakałam jak bóbr… I nadal twierdzę,
że to jeden z najlepszych filmów jakie zrobiono, a na pewno najlepszy jaki
widziałam.
Życie się toczy, 12 grudnia zdaję ACT- trzymajcie
kciuki! Oczywiście widziałam New Moon-
po obejrzeniu go zdałam sobie sprawę jak głupia jest ta seria. Nie zrozumcie
mnie źle- przeczytałam wszytki książki co najmniej 2 razy, obejrzałam filmy,
miałam „edwardową depresję” przez około miesiąca, ale… to jest takie żałosne!
Nie chodzi tu o język książek, tylko o samą historię… Po prostu cheesy.
Natomiast ostatnio u Kena oglądaliśmy z paczką „Odlot” i był … odlotowy;] „Squirrel!”
hehe ;) Polecam !
Bez fotek tym razem, bo nie miałam siły…
Życie!
08.11.2009 :: 18:40 Komentuj (11)
Wiem, że coraz rzadziej piszę notki… Ale prawda jest taka,
że zamiast pisać o życiu, to je „przeżywam”. Po prostu ostatnio mam dużo pracy
i trudny czas, ale wszystko opisze.
Po pierwsze naszedł nas jakiś pech. Najpierw zepsuły się
drzwi do garażu. Potem zepsuł się samochód. Potem toaleta wybuchła i z 2 piętra
przelała się woda przez kuchnię, aż do piwnicy. Musiałyśmy wyjąć wszystko z
kuchni (zajęło to ok. 2 godzin) i postawić w salonie. Przyszli robotnicy, przez
tydzień stały te maszyny osuszające i dom to jeden wieeeelki bałagan. Nie ma
się gdzie ruszyć. Wczoraj przez 3 i pół godziny wnosiłyśmy rzeczy z salonu do
kuchni, musiałyśmy każdą umyć, bo
wszystko było zakurzone. Na szczęście Julie włączyła muzykę z musicali
(Dreamgirls, Chicago itp.) i śpiewałyśmy, więc łatwiej nam się sprzątało. W
zeszłą niedzielę, wnosiłyśmy rzeczy z samochodu do domu, i w drzwiach do garażu
są 2 schodki i podwójne drzwi. Julie miała klapki na nogach, przewrócił się i
uderzyła głową o kąt szafki kuchennej (która stała w garażu z powodu powodzi).
Jak wiadomo rany Glowy krwawią okropnie, więc krew była wszędzie. Przyjechała
karetka, pierwszy raz w życiu jechałam na sygnale. W szpitalu spędziłyśmy pół
dnia, Julie ma 7 zszywek w głowie. Mam nadzieję, ze to koniec naszego pecha!
Oprócz tego, w zeszłą sobotę było Halloween. W piątek
mieliśmy imprezę dla Exchange students, w domu dziewczyny ze Słowacji. WSZYSCY
byli przebrani, mieliśmy niezłą zabawę. W sobotę poszłam z kumplami zbierać
cukierki, miałam całą torbę pełną słodyczy. Jeśli chodzi o kostiumy: Ja byłam
paczką M&Ms, Ken był ninja, Spencer Piotruś Pan, Greg wróżką (bez
komentarza;]), Alberto mafiosem. Potem poszliśmy do domy Kena, przyszło jeszcze
trochę ludzi i oglądaliśmy Amityville, a potem Fight Club (o którym nie wolno
rozmawiać!). Było świetnie! Ponieważ moi przyjaciele są z koła teatralnego,
chóru i zespołu, często sobie śpiewają, grają na gitarze itp. I oczywiście
ciągle robią coś głupiego;]
W poniedziałek Mrs Cameron, ja, Taylor, Mallory i Spencer
pojechaliśmy na wycieczkę do Chicago, na seminarium Szekspira. Po pierwsze
miasto jest cudowne, słońce świeciło, niebo było bezchmurne i jezioro wyglądało
cudnie! Na uniwersytecie Roosvelta odbyło się seminarium. Najpierw weszliśmy do
Sali, która wyglądała jak w jakimś pałacu, z żyrandolami z kryształkami i w
ogóle wypas;] Tak była scena i 5 studentów „zabawiało” publiczność (czyli
innych licealistów) Dosłownie, bo jeden ubrany jak za czasów Szekspira jeździł
na monocyklu, inni żonglowali, inny robił sztuczki z jakimiś patykami;] Potem
pozwolili nam próbować, jazda na monocyklu jest MEGATRUDNA! Potem przyszła
prowadząca, kobieta, która jest trenerem głosu w produkcjach teatralnych,
takich jak Billy Elliot. Miała kilku graduale students i razem robili wykład o
tekstach Szekspira, skupiając się na wskazówkach dla aktorów. Potem podzielili
nas na grupy, i każda grupa pracowała nad przedstawieniem jednego sonetu.
Dostaliśmy też darmowy lunch;]
We wtorek miałam przesłuchanie do musicalu. Było ok. 115
osób. W czwartek lista osób wezwanych na callbacks, 17 dziewczyn w tym JA! Po
szkole wszyscy wezwani przyszli do klasy chóru i tam dostaliśmy scenariusze i
każdy miał kartkę, do której roli nas wezwali. Ja chciałam rolę Mayzie, wezwano
mnie do Cat In the hat oraz Mayzie. Było naprawdę zabawnie, 3 osobowe jury
(Stoner-rezyser, Lemien- trenerka głosu, Koll- dyrektor chóru) oceniali.
Byliśmy podzieleni na grupy i ćwiczyliśmy w practice rooms (ok. 7 pokoi z
pianinami), co chwilę ktoś krzyczał „Gertrudes to room!” albo „Cats you start!”
Nie będę pisała o Cat, bo nie chciałam tej roli. Kiedy przyszło do Mayzie, było
nas 9, każda musiała przedstawić fragment piosenki „Amazing Mayzie”. Po moim
przesłuchaniu, reżyser zapytał „Anita, if we Promise to do Cabaret next year,
will you come back?” Cóż za zbieg okoliczności, ostatnio oglądałam ten film;]
Po wszystkim poprosili mnie, Karę i inną dziewczynę, żebyśmy zostały i ćwiczyły
druga piosenkę Mayzie a reszta była out.
W piątek wywieszono listę obsady- dostałam rolę Mayzie.
Jestem mega podekscytowana, bo to wymarzona rola dla mnie! Pewnie nie wielu
słyszało o musicalu „Seussical”, tu jest bardzo popularny. A podekscytowana
jestem, bo po pierwsze to jedna z głównych ról, po drugie będę miała świetny
kostium no i poznam nowych ludzi! W poniedziałek zaczynamy próby, poniedziałki
6-9 i reszta tygodnia codziennie 3-6. Bdzie zabawa!
Wczoraj mieliśmy potluck, każdy z wymiany musiał ugotować
jakąś potrawę ze swojego kraju. Wszyscy przywieźliśmy je do domu chłopaka z
Niemiec i razem z rodzinami mieliśmy lunch. Potem w piwnicy graliśmy w ping
pong, piłkarzy ki i krążki;] Było odjazdowo, atmosfera, jaka panuje między Exchange
students jest świetna! Oczywiście
ponieważ nie mam kuchni nie mogłam ugotować, ale poszłyśmy do polskiego sklepu
i kupiłyśmy pierogi, w dodatku byli tak mili, ż mi je ugotowali!